czwartek, 26 marca 2015

Giorgio Armani Flash Lacquer Pink Blush z kolekcji Maharajah

Flash Lacquer no 511 Pink Blush Giorgio Armani pochodzi z kolekcji Maharajah. Jest to błyszczyk "zapewniający długotrwały blask i czysty kolor". O kolekcji możecie poczytać u White Praline TU.


Wraz z nadejściem wiosny rzadziej używam szminek i przechodzę na błyszczyki :) Jakoś bardziej odpowiada mi o tej porze roku ich konsystencja, blask i efekt na ustach. Nawet ich nietrwałość mi nie przeszkadza, chociaż akurat w przypadku Pink Blush nie mam się do czego przyczepić.

Spośród 3 dostępnych w kolekcji kolorów wybrałam jasny, soczysty, średnio kryjący róż.


Kosmetyk daje na ustach efekt równomiernej, błyszczącej tafli i ładnie połyskuje w słońcu. Taka przyjemna landrynka ;)


Błyszczyk ma dość gęstą konsystencję ale nie jest lepki, tłusty czy klejący. Na ustach nawet cienka warstwa daje mocny, błyszczący efekt, który utrzymuje się do 2 godzin bez jedzenia i picia. Nawet kiedy już lśniąca warstwa zniknie delikatny kolor nadal jest widoczny na ustach.



Flash Lacquer Armaniego to, według mnie, ciekawy produkt na wiosnę i lato.


Czytaj dalej ...

niedziela, 22 marca 2015

Clarins Instant Light Lip Comfort Oil 01 i 02

Clarins Instant Light Lip Comfort Oil Honey i Raspberry to, według mnie, jedne z ciekawszych produktów do ust jakie ukazały się tej wiosny. Clarins połączył zalety błyszczyka i produktu pielęgnacyjnego. Moim zdaniem udało się :)


Instant Light Lip Comfort Oil ukazały się w dwóch wersjach - miodowej i malinowej. W produkcie znajdziemy olejki roślinne z orzechów laskowych, malin i organicznej jojoby, która łagodzi i regeneruje. Dodatkowo zawiera on odżywcze kwasy tłuszczowe, które chronią przed odwodnieniem pozostawiając usta miękkimi, gładkimi i pełnymi blasku.


Olejki ukazały się jako element kolekcji Garden Escape i podobno są limitowane, czyli odbyło się polowanie ;)
Za 85zł otrzymujemy 7ml produktu, który zamknięty jest w kanciastej buteleczce ze złotą zakrętką, w której osadzony jest dość duży aplikator. Produkt jest gęsty, aplikator po wyjęciu jest nim dokładnie oblepiony i nic nie ścieka. Nakładając olejek na usta trzeba nieco przycisnąć go do warg. Warstwa, którą zostaję otulone nasze usta nie jest lepka, bardziej przypomina treściwy balsam niż olej. 


Wersja miodowa nie daje koloru na ustach, nie pachnie też bardzo intensywnie miodem. Ja wyczuwam bardziej owocową nutę mirabelki. I dobrze. W przeciwnym razie, jako wielbicielka miodów mogłabym próbować go zjeść.
Wersja malinowa natomiast daje delikatną różową poświatę na wargach. Pachnie dość intensywnie owocami ale nie na tyle by mieć ochotę zlizać produkt. 
Oba olejki pięknie błyszczą na ustach.

Jeśli chodzi o komfort noszenia to jestem pod wrażeniem. Usta są autentycznie otulone produktem, który nie jest ani ciężki ani tłusty czy klejący; bardziej przypomina treściwy balsam niż olejek. Trwałość jest niezła jak na tego typu produkt, ponieważ nawet po jego zjedzeniu nadal czuć go na ustach, które pozostają mocno nawilżone lub raczej natłuszczone. Ostatnio lubię to słowo ;)

Skusiłyście się na olejki Clarins?






Czytaj dalej ...

środa, 18 marca 2015

Kosmetyki do ciała - te ciekawe i te mniej.

Pielęgnacja to mój konik od dłuższego czasu. Wynika to zapewne z wieku, z potrzeb mojej skóry ale także z przyjemości zużywania. Kolorówki, mimo szczerych chęci nie jestem w stanie zdenkować i to mnie frustruje :/

Produkty do ciała lubię na równi z pielęgnacją twarzy, choć ich działanie trudniej jest zaobserwować.
Są wśród nich takie, które lubię i do których wracam, takie które polubiłam od pierwszej aplikacji a także takie, które mnie nie zachwyciły. Dzisiaj przedstawię Wam kilka z nich. 
Od razu na wstępie zaznaczę, że nie przepadam za bogatymi, tłustymi, maślanymi produktami do ciała (co innego do twarzy, czy dłoni) mimo, że posiadam suchą skórę. Poniżej znajdziecie produkty raczej o lekkich teksturach.


SAI-SEI MINERAL DEEP MOISTURE BODY CREAM to produkt wchodzący w skład linii stworzonej przez założycielkę Space.NK Nicky Kinnaird. Markę poleciła mi Irena i po raz kolejny nie zawiodłam się na jej zdaniu.

Sai-Sei oznacza „narodziny i odnowę”. Nancy Kinnaird wpadła na pomysł stworzenia tej linii kosmetyków do ciała po wizycie w gorących bogatych w minerały źródłach Japonii.

Deep Mineral Moisture Body Cream ma zielonkawy kolor, lekką konsystencję i świeży, morski zapach, zupełnie inny niż dotąd mi znanych produktów do ciała. Na skórze daje efekt schłodzenia, co jest bardzo przyjemnym uczuciem po męczącym dniu. Produkt zawiera sód, potas, wapń, magnez, wyciąg z herbaty Uji, z ryżu, olej Tsubuki, pozyskiwany z tzw. zimowej róży. Wszystkie te składniki zapewniają długotrwałe nawilżenie.
Kosmetyk dobrze się wchłania ale pozostawia na skórze delikatny film, który mojej suchej skórze absolutnie nie przeszkadza. Jest także bardzo wydajny. Kupiłam go w zestawie z peelingiem i żelem pod prysznic za £15. Chętnie rozejrzę się za kolejnym opakowaniem.

CLARINS MASVELT BODY SHAPING CREAM to lekki krem do masażu redukujący tkankę tłuszczową. W składzie znajdziemy m.in. keratolinę, która wygładza i zmiękcza skórę, sveltonyl, który wyszczupla i pojędrnia oraz naturalny sok z liści bambusa, który drenuje skórę.
Krem ma lekką konsystencję, bardziej zbliżoną do balsamu. Zapach przypomina woń jakiegoś zboża… może owsa? Niespecjalnie mi się podoba :/ Działanie, które gwarantuje producent to wyszczuplenie, czyli zmniejszenie krągłości oraz poprawa wyglądu skóry.
Faktycznie kosmetyk likwiduje szorstkość, wygładza i przyjemnie nawilża. Nie zauważyłam natomiast ani wyszczuplenia, ani zmniejszenia cellulitu czy rozstępów, ale przyznam szczerze, że nie wierzę aby jakikolwiek kosmetyk był w stanie tak działać. Dużym plusem Masvelt jest zmiękczenie skóry, która staje się gładsza, jędrniejsza – pomarańczowa skórka jest mniej widoczna. Wydajność jest spektakularna a więc jej stosunek do ceny jest zadowalający. Za 200ml zapłacimy 219zł. Mimo tych zalet raczej do niego nie wrócę.



BATH&BODY WORKS to marka, która często gościła na moim blogu. Od momentu jej wejścia na polski rynek zdążyłam już poznać asortyment, wyrobić sobie zdanie i przyzwyczaić do kilku produktów, które uważam za ciekawe i unikalne. Jedną z linii marki, którą cenię jest AROMATHERAPY. Z tej linii natomiast bardzo lubię m.in lotion do ciała Jaśmin i Wanilia. Miałam dwa flakony. Jak większość produktów B&BW i ten wyróżnia się mocnym zapachem, który utrzymuje się długo, przy czym jaśmin jest mocno przytłumiony przez wanilię. Kosmetyki B&BW nie zachwycają składami ale moja skóra polubił ten balsam. Pięknie pachnie, jest wydajny i dobrze natłuszcza moją suchą skórę. Pozostawia na niej delikatny film i skóra potraktowana nim wieczorem jest delikatna, miękka i wygładzona cały następny dzień. Dużym plusem w moich oczach jest opakowanie z pompką i … retro design butelki. Za 149ml (amerykańskie pojemności wciąż mnie zaskakują ;) zapłacimy 49zł. Jeśli będziecie miały okazję zwróćcie uwagę na inne produkty z serii Aromatherapy – warto.

Moja relacja z kosmetykami PHENOME jest skomplikowana. Próbowałam zaprzyjaźnić się z kilkoma produktami i tak naprawdę polubiłam tylko jeden – WAKE-UP INVIGORATING SORBET. Ten energizujący produkt do ciała z werbeną i limonką ma konsystencję żelo-mleczka i cytrynowy kolor. Pięknie świeżo pachnie i dla tego zapachu m.in. skusiłam się już na 2 opakowanie. Po aplikacji odczuwam przyjemne schłodzenie. Zawiera m.in. wodę różaną, aloesową, cytrynową, ekstrakty z liści werbeny, skórki pomarańczy, sok aloesowy i oleje jojoba, makadamia i buriti. Aplikując go na skórę wyraźnie wyczuwam wodną bazę. Sorbet przyjemnie nawilża, choć nie na długo, odświeża i odpręża. Podobno powinno się go stosować latem ale moja sucha skóra nawet latem nie odczuwa długotrwałego nawilżenia tym produktem. Plus za higieniczność - opakowanie z pompką i za wydajność. Za 200ml kosmetyku trzeba zapłacić ok. 100zł. Wrócę do niego bo uzależniłam się od zapachu ;)

Jakie są Wasze ulubione mleczka, masła, balsamy do ciała?





Czytaj dalej ...

niedziela, 15 marca 2015

The Lolita MARC JACOBS BEAUTY

STYLE EYE-CON NO. 7 Plush Eyeshadow MARC JACOBS BEAUTY to palety składające się z 7 cieni o różnym wykończeniu. Znajdziemy tu kremowo-satynową formułę o dobrym nasyceniu, niezłe półmaty i średni metalik z brokatem. Paleta, którą posiadam o nazwie THE LOLITA jest bardzo dobrze skomponowana w odcieniach beżo-brązów i można nią stworzyć zarówno dzienny nudziakowy makeup jak i mocniejszy, wieczorowy.


Jak i w przypadku pozostałych produktów z MARC JACOBS BEAUTY na uwagę zasługuje opakowanie. Paleta to podłużne, obłe w kształcie puzderko w kolorze pięknej, głębokiej czerni jak polakierowany mebel. Napisałam „puzderko” bo faktycznie przypomina szkatułkę na biżuterię; posiada m.in. eleganckie srebrne zamknięcie. Dodatkowo znajduje się w czarnym etui, w którym znajdziemy także pędzelek. Paleta jest wyposażona w lusterko.


Cienie, jak wspomniałam, dają różne wykończenie. Wszystkie mają dobrą lub bardzo dobrą pigmentację ale nie wszystkie są łatwe w obsłudze i nie każdy wygląda na oku jak na swatchu naręcznym.

Kolory nie są odkrywcze, choć znajdziemy tu dwa piękne i oryginalne – pierwszy od prawej metaliczny brąz z domieszką miedzi, złota i różu oraz trzeci od prawej satynowy połyskujący róż z domieszką szampana. Cień który znajduje się w środku palety, metaliczny ciepły różo-beż ze złotem jest najtrudniejszym w obsłudze cieniem w palecie. Ma dość wyraźne drobinki, które osypują się niemiłosiernie mimo zastosowania bazy. Trzy ostatnie cienie to brązowo-czarny półmat, który średnio wypada na swatchu ale daje się łatwo blendować a kolor można budować, oraz dwa satyno-maty - przyjemny nudziakowy beż z domieszka miedzi i kremowobiały.


Łącząc te cienie po 3-4 można otrzymać naprawdę ciekawe makijaże ale czy cena 249 zł za paletę nie jest przesadzona? Moim zdaniem jest. Lepiej kupić Naked UD, no chyba, że chcemy wykonać makijaż w innych kolorach albo jesteśmy na zabój zakochane w samym Marcu Jacobsie ;) 


Czytaj dalej ...
Blog template designed by SandDBlast